Dni Miasta


Dzień Miasta – nazwijmy to świętem, które celebruje cała lokalna społeczność, a włączają się w to, osoby przybywające z zewnątrz, zainteresowane ofertą kulturalną danego regionu. W zasadzie, wychodząc z tej definicji moglibyśmy dalej nie rozważać sprawy i każda rzecz stałaby się dla nas jasna. Nie jest to jednak już takie proste, gdy będziemy chcieli porównać dzisiejsze obchody z okazji Dni Miasta, z tym jak to czyniono za PRL-u w Polsce.
Celebracja świąt z okazji Dni Miasta były organizowane od starożytności. Często, poświęcone były one bogom ku czci, których wznoszono miasta i patronowali oni potem danemu miastu, czuwając nad jego pomyślnością.





Okres PRL-u
W czasach socjalizmu w Polsce, organizowano różne kulturalne wydarzenia, które angażowały całą społeczność – prezentowano biblioteki, szkoły, zespoły, wytwórców, przedsiębiorców, itd. Osoby, przyjeżdżające z zewnątrz miały możliwość poznania lokalnej społeczności oraz jej zasobów.
W obchodach uczestniczyli mieszkańcy. Zwyczaj ten zachował się w małych miejscowościach oraz w środowisku wiejskim, które dzięki tego typu wydarzeniom miało szansę się zintegrować.
Za PRL-u modne były loterie fantowe, w których można było wygrać drobny sprzęt, żywe zwierzęta czy też wstęp do kina czy teatru.
Władza ludowa, dbała o zachowanie w społeczności lokalnej więzi rodzinnych oraz społecznych, umożliwiając tym samym zdrową współpracę pomiędzy ludźmi, tak aby nie różnicować nikogo, a tworzyć rzeczywistą osnowę dotyczącą prawdziwego obrazu społeczeństwa. Nie podobało się to „elitom postępowym” (cyt. za Tow. Wiesławem), które dążyły do komercjalizacji, osiągania zysku oraz wprowadzenia podziałów społecznych, nie mogąc się pogodzić ze wspólną ideą integracji z robotnikiem.
„Pan musiał być Panem” i prowadzić się po pańsku. W PRL-u nie organizowano igrzysk, ale ukazywano rzeczywiste zasoby danego regionu etnograficznego, podkreślając wartości oraz warunki do rozwoju. 

Czasy przełomu
W okresie po 1989 r. stopniowo zamykano biblioteki na wsiach, likwidowano świetlice, ośrodki kultury oraz rozgrabiono majątek narodowy, wdrażając zasadę „igrzysk i chleba”. Dodajmy: majątek należący i wypracowany przez wszystkich Polaków od 1945 do 1989 roku. Twórca lokalny, o którego dbał PRL i rozprawiał rozliczne traktaty naukowe, dążąc do zachowania zawodów, tradycji – w tym religijnych i ludowych – został „zmieciony”, a jego dzieła przykryte huczną komercją, wydawaną przy dźwiękach tub propagandowych.
Zniszczono dawną tradycję i zaprzestano angażowania lokalnych zespołów oraz eksponowania twórców. Twórca ludowy, kojarzył się „elitom” z robotnikiem i chłopem, kimś z gorszego środowiska i był często nie dość wykształcony „elitarnie”.
Społeczeństwo otrzymało gwiazdy show biznesu, grające skoczne rytmy, pozbywając się organizowanych wszędzie kółek zainteresowań oraz ognisk twórczych. Zmasowany ruch miał na stałe zetrzeć myśl o twórczej roli sprawczej środowisk robotniczych, których rozszalałe i głupie elity, nazywały „nie-inteligentem”.
Nowym rodzajem inteligenta, stał się solidaruch społecznych, postępowy, pro-narodowy i pro-katolicki. Miał on, raz na zawsze spowodować że ludzie przestaną mieć realną możliwość wpływu na rzeczywistość, poddając się komercji.
Pozory zachowano do dziś, bo z ustaw wynika iż rolą ośrodków kultury jest promocja sztuki, ale jakiej? Lokalnej czy komercyjnej? Oto jest zasadnicze pytanie. Kto w środowisku lokalnym może liczyć na wsparcie samorządowej jednostki kultury?
Zaczęto kłamać, o tym że PRL prześladował Kościół katolicki i zabraniał ludziom używania miękkiego papieru toaletowego oraz stworzono mity, aby zetrzeć – powtarzam – zetrzeć robotnika z powierzchni.
Nowy model mieszkańca – miał być samolubny, wredny, odizolowany – po to, aby nie mógł w przyszłości dyskutować, myśleć i stawiać realnego oporu. Nowy model Polaka, wdrożono po 1989 roku, niosąc go na hasłach wolności i demokracji. 

Współczesny kicz
Obecne dni miast, nie angażują lokalnych twórców, gdyż takowych praktycznie nie ma. Ofertą danego miasta nie jest występ ludowych zespołów czy własnych twórców, ale koncert mega gwiazdy, która z danym regionem nie ma nic wspólnego.
To błąd, gdyż uderza w ekonomię, choć po cichu. Dajmy na to, koncert Patrycji M. można obejrzeć w każdym dowolnym miejscu kraju, a przy tym niczym się nie wyróżnia – wszędzie jest taki sam.
Koncertu Zenka Dworzaka (fikcyjne dane) z lokalnej kapeli, stojącego czasem pod budką z piwem, nie da się zobaczyć wszędzie, gdyż nasz anonimowy Zenek jest lokalny i nawiązuje do tradycji danego regionu.
Komercyjny koncert można zorganizować w każdym możliwym terminie, ale nie w trakcie święta z okazji Dni Miasta, które ma pokazywać siły i zasoby danej społeczności.

Wiecie, co jest prawdziwie przykre?
Miasta dzisiejsze w moim kraju, nawet gdyby zechciały, nie mają już zespołów tradycyjnych – bo muzycy disco są tacy sami u mnie jak i po drugiej stronie kraju – jadą na demówkach i coverach, tych samych oklepanych numerów. Stało się to takie bezpłciowe, ale o to chodziło w walce z komuną, o totalną zagładę kultury i tożsamości ludowej – bo nie była pańska.
Igrzyska nie zastąpią naszej tożsamości i jak dobrze popatrzymy, hasła narodowe nie mają pokrycia, gdy nasza kultura umiera. Ważną rolą jest historią, dzięki której możemy powspominać. Czy jednak nasze wspomnienia, zatrzymają się na samym czynie czy też doprowadza do głębszej refleksji. A może, ktoś w końcu opamięta się?


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

„Anioł Stróż” – sługa ludzkości?

Święta Inkwizycja

What we deserve?